|
School Days
Czego spodziewacie się od anime, które już w nazwie sugeruje nawiązanie do popularnego gatunku - szkolne życie? Dużo zabawy z elementami romansu? Owszem, ale czasem dochodzi do tego fanserwis i robi się docelowo ecchi. Tak też się zdarza. Na tym twórcy School Days nie zaprzestali i poczynili krok, a nawet dwa dalej, balansując momentami na cienkiej granicy, kiedy to, co nazywamy lekkim zabarwieniem erotycznym przemienia się w jawny hentai. Granica bliska osiągnięcia, jednakże nigdy nie przekroczona. Lecz, to co nie udało się zdobyć za pomocą tanich sztuczek, osiągnięto za pomocą sprowadzenia człowieka do absurdalnego i autodestrukcyjnego zachowania.
Nie będę owijać w bawełnę. Jestem tym tytułem lekko zszokowany, zarówno pozytywnie jak i negatywnie. I już na wstępie napiszę - to anime nie jest normalne! Jestem przekonany, że dla wielu jest ono doskonałym odbiciem chorych fantazji twórców! Ale to, czy ostatecznie warto sięgnąć po tą pozycję, spróbuje opisać poniżej.
Wszystko zaczyna się podczas ceremonii rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Nie zaskoczę Was, gdy powiem, że jest to kolejne liceum naszpikowane chodzącymi cud pięknościami w mini spódniczkach i przeciętnymi chłopakami. Do takiego małego raju na ziemi uczęszcza Itoe Makoto - nasz główny bohater, który zakochuje się w pewnej uczennicy. Aby było romantyczniej, codziennie jeździ z nią tą samą szybką kolejką miejską. Oczywiście, nasz niedoświadczony "mężczyzna" nie ma odwagi zamienić z nią nawet słówka, nie mówiąc już o randce. Z pomocą przychodzi mu koleżanka z klasy Sekai, która zapoznaje ich ze sobą i ułatwia przełamać pierwsze lody. Z początku pomyślałem - "kurcze, znów trafiłem na anime, w którym nieporadny główny bohater próbuje wyznać swoje uczucia przez wszystkie odcinki". Ale tak nie było! Itoe szybko bierze sprawy w swoje ręce i nim się oglądamy, już chodzi za rączkę z dobrze wyposażoną przez naturę, a przy tym bardzo skromną Kotonohą Katsurą. Świat wiruje ze szczęścia, wszystko idzie jak po maśle, ale co oznacza ten niespodziewany, gorący pocałunek od Sekai? Czy jest to zapowiedź nadchodzących kłopotów, a może wręcz odwrotnie - początek wspaniałego trio? Tego Wam nie zdradzę, o nie.
Po obejrzeniu całej serii, muszę się przyznać do ciekawego, a zarazem wstydliwego odkrycia - uwielbiam czytać cudze wiadomości w telefonach. Nie spodziewałem się, że anime, którego fabuła w połowie bazuje na wiadomościach SMS, może być w ogóle interesujące, albo spójne. A tu znów zaskoczenie. Nie po raz pierwszy i nie ostatni zostałem zbity z tropu przez ten tytuł.
Chciałbym raz jeszcze wrócić do problemu z przypisaniem odpowiedniego gatunku do tej pozycji. Ponieważ anime wykracza wg mnie poza standardowe kanony, ciężko jednoznacznie przyporządkować do niego "sztywny" przypis. Ze względu na mnogość pojawiających się wokół Itoe bohaterek, niektórzy bez większego zastanowienia powiedzą, że jest to zwyczajna haremówka. Dla mnie tak jasne to nie jest, gdyż harem posłużyć miał tutaj za skróconą wersję życia wielu młodych ludzi z naszego świata, dla których obcowanie płciowe jest formą stricte najwyższej nieodpowiedzialności za co później płacić muszą surową cenę. Anime posiada podwójne dno, co nie każdy jest w stanie wychwycić, zwłaszcza, gdy sięga po nie tylko w celach czysto rozrywkowo-relaksacyjnych. Ci zaś, którzy myślą podczas oglądania, z pewnością wyłapią ten wątek, jak i niesamowicie szybką ewolucję osobowościową pierwszoplanowych postaci. Uwadze również nie umknie zmieniający się z czasem charakter serii, który stopniowo, z odcinka na odcinek przeobraża się z prostego romansidła w dramat psychologiczny.
Inną rzeczą, która zbiła mnie z tropu, jest rzucające się w oczy uprzedmiotowienie dziewczyn przez głównego bohatera, co jest cechą bardzo charakterystyczną dla hentai. Choć jestem facetem i powinienem solidaryzować się nim, to czasami miałem go po prostu dosyć, a w kulminacyjnym momencie nawet nienawidziłem! Zazwyczaj, oblegany przez panny chłopak w produkcjach animowanych nie może się zdecydować na którąś, ale nie Itoe. On bierze wszystkie (dosłownie), nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób krzywdzi każdą z osobna. Nie zdaje sobie również kompletnie sprawy z odpowiedzialności jak się z tym wiąże i ewentualnych konsekwencji, które mogą go przerosnąć...
 
Gdybyśmy chcieli tytuł ten ocenić tylko dzięki walorom technicznym, to okazałoby się, że czas poświęcony na jego obejrzenie byłby praktycznie stracony. Tła i elementy dekoracji, jak na pozycję z 2007 roku, są bardzo mizerne. Nawet zbliżenia nie wiele wnoszą, a ujęcia postaci z dalszej perspektywy można podsumować jednym słowem - porażka. W moich odczuciach, anime było robione na gwałt, a słabe wykończenie jest tylko tego potwierdzeniem.
Trochę lepiej miewa się sprawa z muzyką. Szczególnie w pamięci zapadł mi miły dla ucha utwór otwierający, którego ani razu nie próbowałem przewinąć. Trochę nietypowo ma się sprawa z piosenkami zamykającymi, które zmieniano kilka razy, po to, aby przedłużały atmosferę z ostatnich scen seansu. Co prawda, żadna nie okazała się większym hitem, jednakże wszystkie spełniły zakładane dla nich role.
School Days, z pewnością nie jest przeznaczone dla młodego widza, i nie wnikam tu w poruszane kwestie nagości, czy niemoralnych propozycji, ale ze względu na ciężar kryjącego się za tym morału i drastycznych scen końcowych. Odpowiednim wiekiem jest +16, ewentualnie starsza młodzież mająca dzieciństwo za sobą, a przed tylko dorosłość.

Na koniec warto by było napisać kilka słów podsumowujących. A i owszem, napiszę.
Nie zachęcam nikogo do obejrzenia, ale w ten sposób podsyciłbym tylko żądzę spróbowanie zakazanego owocu. Dlatego zostaje mi napisać jedno. Jeśli lubisz anime wzbudzające wiele kontrowersji, o którym szumnie dyskutuje się na forach, proszę bardzo, właśnie takie znalazłeś. Ale są jeszcze takie osoby jak ja, czyli stare pryki z jakimś tam doświadczeniem, które cały czas szukają i smakują różnych formy animowanego absurdu. Mniej lub bardziej soczyste kawałki kinowej wariacji trawią, analizują i recenzują.
autor: koni
School Days - krwisty pocałunek zmieszany ze śliną, w scenerii słodkiego zachodzącego słońca... (koni).
|